Wspomnienia Państwa Stanisława i Stanisławy Dąbrowskich z Witkowic

Powstanie styczniowe wybuchło 1863 roku. Bracia babci Pani Stanisławy mieszkali w Strugach.  Brali udział w powstaniu. Zima była bardzo sroga, a trzeba było coś jeść. Powstańcy kryli się po różnych stodołach, rodzina musiała im pomagać i w miarę możliwości karmić. Jak powstanie się skończyło to szukali tych, którzy brali udział. Babci siostry dzieci uciekli, bo ich ojciec należał do powstańców. Zaborcy go złapali i ktoś wydał, że on ma czterech chłopaków. Dlatego później ich szukali. Chłopaki przedostali się do Wyszogrodu,  z Wyszogrodu Wisłą do morza i uciekali do Ameryki . Niestety powstanie nie było jednak taką potęgą, żeby zwalczyć cały ten system. Żeby  jednak  zaspokoić trochę społeczeństwo po powstaniu styczniowym car wydał nakaz, aby panowie feudalni rozdali chłopom na własność ziemię.  Na  terenie, gdzie teraz mieszkają Państwo Dąbrowscy, ziemie należały  do dziedzica Brochowskiego potem do Lasockiego.

Wspomina Pan Stanisław:

Całe te tereny brochowskie,  wszystko było jego i u niego ludzie pracowali.  Te grunty,  które my teraz użytkujemy to były ziemie zalewowe, bo znajdują się nad Bzurą przy ujściu Wisły. Nie były uprawiane, dlatego teren ten był cały zakrzaczony.  Wszystko tutaj leżało odłogiem i było zachwaszczone, zarośnięte.   Jak mojej rodzinie nadali tę ziemię, musieli karczować to drzewo, doprowadzać grunt do użyteczności i dopiero uprawiać. Oprócz tego musieli jeszcze za te grunty dziedzicowi odpracować. Kto był pracowity i chciał pracować, to szybko to zrobił. Jak ktoś nie chciał, to trwało to długo. Ta ziemia była jego, ale była nieuprawna.   

W zaborze rosyjskim po powstaniu  prowadzono bardzo silną rusyfikację. Ludziom narzucono posługiwanie się językiem rosyjskim w szkołach, urzędach, wprowadzano rosyjskie obyczaje. Mój ojciec w tym czasie uczył dzieci i dużo ludzi to pamiętało. Kiedy byłem starszy, pamiętam, jak ojcu dziękowali. Bywały takie czasy, że i 60 dzieci chodziło. Przychodzili zimą, jesienią i wiosną, a w lato nie.  Dzieci ze Śladowa przypływały łódką. Ojciec – Jan Dąbrowski – uczył czytać, pisać, matematyki. Na pewno historii też. Trochę polskości na pewno też w tych dzieciach zaszczepił. Miał trochę wiedzy. Wszystko działo się pod nadzorem sąsiadów. Ludzie pomagali ojcu, żeby czasem nikt się nie dowiedział. Zaborcy jak  tylko wyczuli, że ktoś miał więcej takiej świadomości, to od razu mieli go na oku. Co prawda nie było takiego wielkiego nadzoru nad tym, ale jak tylko coś się działo, to zaraz był sygnał. Dzieciaki biegły do stodoły, latały sobie. Nikt z władz się nie domyślał.

Jan Dąbrowski

W 1912 roku moi rodzice brali ślub, a w  1914 roku wybuchła wojna. I tutaj jak ta wojna była stał front 6 czy 7 miesięcy nad Bzurą. Z  jednej strony byli  Niemcy, a z drugiej Rosjanie. I tutaj się Polacy spotykali, bo i w tej armii byli Polacy i w tamtej armii byli. I im przykro, że jeden do drugiego musiał strzelać, bo służyli nie sobie, tylko  obcym. Jak tutaj trwały walki , to wszystkich wypędzili po prostu. Moi rodzice z rocznym dzieckiem musieli uciekać i iść gdzieś za Śladów. Nie mieli gdzie spać. Spali pod jakąś szopą, a były mrozy. Przez te ciężkie warunki dziecko  dostało zapalenia płuc  i umarło.

Jak rodzice wrócili, to w miejscu, gdzie kiedyś stał dom, były tylko ziemianki. Wszystko było porozbierane, pospalane – dom, stodoła. Nie było nic. Po całym podwórku były pokopane te ziemianki. Przed pierwszą wojną światową dom był murowany. Podobno ładny był, miał taras, mieszkania wysokie. Rodzice dosyć dobrze się gospodarzyli. Po wojnie musieli odbudować  wszystko i to ich trochę położyło. Musieli posprzedawać ziemię. Nie mieli lekko. Dziesięcioro dzieci mieli.

Jeśli chodzi o odzyskanie niepodległości w 1918 roku, to jak myśmy chodzili do szkoły, to uroczyście to było obchodzone, nie tak jak dzisiaj. Teraz zaczyna to trochę ożywać. Ludzie przeżywali to bardzo religijnie i tak po Bożemu. Najpierw uczestniczyliśmy we mszy. Potem myśmy szli z chorągiewkami, ze śpiewem. Nauczyciel często miał ze sobą jakiś instrument. Szliśmy na Łaźnię, tam była szkoła, gdzie uczyły się klasy piąte, szóste i siódme. I tam była zabawa, wiersze, śpiewy, przedstawienia. Jak przyszliśmy do domu, to dalej się gromadziliśmy z kolegami. Chodziło się na ulicę i poprawialiśmy wszystko to, co organizowaliśmy w szkole. Jednoczyliśmy się wszyscy. Odbywały się tańce, śpiewy. Była również organizacja strzelców. Włączali się również w te obchody – stawiali tablicę, strzelali do celu. Można powiedzieć, że to był cały dzień święta. Starsi również schodzili się, opowiadali sobie różne historyczne rzeczy.

Relację tę potwierdza żona pana Stanisława:

– Ze szkoły szliśmy parami do Wyszogrodu. Nauczyciel szedł i śpiewał wszystkie pieśni o niepodległości. W Wyszogrodzie łączyliśmy się z innymi szkołami, które również przyszły na tę uroczystość. Wszyscy deklamowali wiersze na przykład taki:

Ojczyzna moja to ziemia droga
Gdzie ujrzałam słonko, pokochałam Boga
Ojczyzna moja- kurhany, mogiły
Dziady, pradziady o nią walczyły.
Ojczyzna moja krwią zalana
Ojczyzno moja Ty kochana!

Wszyscy występowali na scenie. Piękna kurtyna była. Każdy kto przyszedł wiersz musiał mówić. Dzisiaj jest inaczej. Nie ma tego.

To był patriotyzm i ludzie byli w tym duchu chowani. Szczęście z tego wyzwolenia było nie do opowiedzenia, przecież przez tyle lat byliśmy w niewoli. Ci nasi przodkowie przekazywali ten patriotyzm z pokolenia na pokolenie.

 Jak to rodzice przeżywali jest nie do opowiedzenia. Długo to trzeba pamiętać. Jakby pani była w niewoli i jakby panią ktoś wyzwolił to nie radość? Z tej niepodległości to my nawet teraz się cieszymy, że ją odzyskaliśmy. Nie daj Boże, żebyśmy znów w jakąś okupację wpadli. Jak myślmy się wyzwolili to tak, jak byśmy sobie kajdan zdjęli z rąk, ze wszystkiego.

Wywiad przeprowadziła Blanka Cybulska

Share this...
Share on Facebook
Facebook