Rodzina Kiedrowskich z Buku Pomorskiego w walce o niepodległość Polski

„Tu zawsze była Polska, jest i będzie”
Ks. Witold Kiedrowski

Wśród 288 mieszkańców niewielkiej wsi Buk Pomorski położonej w gminie Jabłonowo Pomorskie mieszkają Jan i Wiesława Kiedrowscy. Podobnie, jak wielu innych sąsiadów zajmują się prowadzeniem własnego gospodarstwa. Jednak, każdy, kto wejdzie do ich domu poczuje ducha historii. Historii sięgającej czasów, kiedy przodkowie rodu brali udział w wyprawach krzyżowych, wojnach prowadzonych za króla Jana III Sobieskiego czy powstaniach narodowych. Świadczy o tym tablica na cmentarnej steli, na której odnajdziemy wpis zawierający informacje o Michale Kiedrowskim, uczestniku powstania styczniowego. Warto dodać, że groby rodziny Lew-Kiedrowskich położone na cmentarzu parafii pw. św. Michała Archanioła w Linowie zostały zniszczone przez hitlerowskiego okupanta w czasie II wojny światowej. Pomimo zniszczeń pamięć o protoplastach rodu przetrwała, a ród Kiedrowskich mający w herbie Lwa dumnie trwał dalej .
Buk Pomorski w wyniku pierwszego rozbioru przeprowadzonego w 1772 roku podzielił losy całego Pomorza i wraz z nim znalazł się pod zaborem pruskim. Miejscowość odtąd zaistniała pod niemiecką nazwą Kӧnigliche Buchwalde, co w dosłownym tłumaczeniu znaczyło „Królewskie lasy bukowe”. Po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku Buk znalazł się w granicach II Rzeszy, a polityka germanizacyjna kanclerza Ottona von Bismarcka dotknęła miejscowość, jak i całe Pomorze. Sejm pruski w 1886 roku powołał do życia Komisję Kolonizacyjną, aby wykupywała polskie majątki ziemskie i parcelowała je między niemieckich osadników. W 1908 roku Komisja uzyskała prawo do przymusowego wywłaszczania Polaków. Działalność Komisji aktywnie popierała Hakata, organizacja, która dążyła do wyniszczenia polskiego żywiołu.
W panujące antypolskie nastroje wpisuje się tragedia rodziny Kiedrowskich. Drewniany dom Jana i Anastazji Kiedrowskich został podpalony przez „nieznanych sprawców”. Na szczęście udało się z palącego domu wynieść leżącą w chorobie panią Anastazję. Wtedy nadeszła niespodziewana propozycja niemieckiego banku, który sam zaproponował pogorzelcom pożyczkę na budowę nowego domu, w dodatku do spłacenia na wyjątkowo dogodnych warunkach. Jak wspomina ksiądz Kiedrowski: „Kiedy bowiem prace budowlane dobiegały końca, bank nieoczekiwanie zażądał bezzwłocznego zwrotu całego kredytu, w przeciwnym razie naszej rodzinie groziło wywłaszczenie. Ojciec mój nigdy nie przeklinał, ale wtedy podobno powiedział w pasji: – A ja się wam nie dam, psie krwie! – Posprzedawał co mógł, częściowo pomogła mu rodzina i oddał pożyczkę w wyznaczonym terminie. Urzędnik banku przyjmujący od niego pieniądze nie ukrywał wściekłości: Verfluchte einer Polake! Przeklęty Polak!” Dom, tym razem postawiony z czerwonej cegły, stał wiele lat i wychowały się w nim kolejne pokolenia rodziny Kiedrowskich. Dom ten, niestety, już nie istniejący, był świadectwem wielu patriotycznych zdarzeń. Do nich z pewnością możemy zaliczyć tajemne spotkania działaczy niepodległościowych przyjeżdżających z powiatu brodnickiego. Gospodarstwo Kiedrowskich położone nieco na uboczu i mające swój prywatny staw świetnie nadawało się na „rzekome” spotkania miłośników wędkowania. „W powiecie brodnickim, dzięki patriotycznej postawie i zgodnej działalności ruchu niepodległościowego Polaków, takich jak dr Karwat, dr Janaszek, dyr. Bizan, redaktor „Gazety Grudziądzkiej” Wiktor Kulerski, ks. Mańkowski i ks. Dzionara, właścicieli ziemskich Meysztowicza, Tysowskiego czy Mieczkowskiego i innych, oraz organizacji, takich jak Sokół, Bractwo Kurkowe, filomaci – ruch niepodległościowy był bardzo silny. Wszystkie okazje były dobre, by się spotkać i omawiać wspólne działanie. Od czasu do czasu – niby to na zawody wędkarskie – zbierali się również u mojego ojca” – tak wspominał te spotkania ksiądz Witold Kiedrowski, który jako mały chłopiec (urodzony 16 kwietnia 1912 roku) nie do końca zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji i grożącego rodzinie, w przypadku wykrycia, niebezpieczeństwa.
W rodzinie Kiedrowskich bardzo dbano, by każde dziecko znało historię swojego rodu, a także historię Polski. Od najmłodszych lat uczono patriotyzmu. Jan Kiedrowski, pomimo rozlicznych prac gospodarskich, sam uczył swoje dzieci języka polskiego. Oficjalnie dzieci uczęszczały do niemieckiej szkoły, ale popołudniami uczyły się z książek otrzymywanych między innymi za pośrednictwem księdza Juliana Dzionary z parafii pw. św. Wojciecha w Jabłonowie Zamku. Ze wspomnień księdza Witolda Kiedrowskiego: „Często też Tata i Mama, po mszy św. mieli swoje tajemnice z księdzem. Lubiliśmy te tajemnice. Bo wtedy, my, dzieci, mieliśmy prawo do drugiego pokoju. Nawet bez proszenia. Na kredensie były ciastka, a na stole wielka księga z obrazkami do oglądania, dla dzieci. A książka ta nazywała się „Poczet Królów Polskich”. Nawet konkurs wymyślił dla nas ks. Dzionara. Kto z nas najwięcej królów zapamięta, nagrodę dostanie. Lekcja historii z ciastkami”. Inny cytat: „Przeszliśmy do drugiego pokoju. Tata posadził mnie przy sobie, otworzył elementarz na pierwszej stronie i litery palcem pokazując, uczył czytać. „Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł Biały”. I jeszcze raz to samo. A mnie się przypominało, co Tata przy stole mówił: „Ty jesteś Polakiem i Polakiem zostaniesz”. Potem już z pamięci, Tata kazał mi kilka razy powtórzyć. Szybko się nauczyłem. „Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł Biały. To była moja pierwsza lekcja polskiego…”.
Tak przez wszystkie lata zaboru pruskiego rodzina Kiedrowskich podtrzymywała polskość.
Aż nadeszły wieści o wybuchu I wojny światowej. Polaków zamieszkujących powiat brodnicki napawały one optymizmem, ale i obawą. Rosja, Niemcy i Austro-Węgry obiecywały wiele, ale nikt w ich obietnice specjalnie nie wierzył. Bardziej chciano wierzyć, że wojna przyniesie w pełni niepodległą Polskę. Rodzina Kiedrowskich poniosła ogromną ofiarę, w Wojnie Narodów w niemieckim wojsku zginęli, dwóch Józków Kiedrowskich (jeden z pierwszego, drugi z drugiego małżeństwa Jana Kiedrowskiego), a także syn Jana – Wincenty. Na nieszczęście w 1915 roku w nieszczęśliwym wypadku przy młockarni zginął również syn Kazimierz. Wszystkie te nieszczęścia nie załamały rodziny. Ogromna wiara pozwoliła przetrwać tej katolickiej rodzinie.
Jan Kiedrowski wraz z wieściami o niemieckich niepowodzeniach na froncie oraz o tworzącym się wojsku polskim przystąpił do działania. „A teraz do naszego domu weszła wojna. Karabiny i amunicja pod słomą w stogu i w stodole – i dalej napisał ksiądz Kiedrowski – odtąd, co wieczór, chłopcy czternasto – siedemnastoletni, starsi byli w wojsku, od Gorczewskich z dworca, Zabłotny i Ziętarski z Adamowa, dwóch Słupskich z Lemaństwa, synowie Górnego, Leon Kiedrowski, syn Teofila – u nas „na karty” się schodzili. Żeby nikt nie przeszkadzał w graniu, dobrze zasłonięte były okna w dużej gospodarskiej kuchni, a Pelasia, Andzia i Marynka przy oknach w pokojach na straży, by ktoś niespodziewany … Tak ważne to było granie.” Tak naprawdę były to zaczątki tworzenia w Buku Pomorskim i okolicznych wsiach straży obywatelskiej, a „gra w karty” była tak naprawdę nauką obchodzenia się z karabinem. Z czasem zaczęto ćwiczenia praktyczne. Strzelano w tym samym czasie, co oddziały niemieckiego Grentzschutzu, dlatego kilka dodatkowych strzałów nie zwracało uwagi. Grenzschutz Ost to była niemiecka formacja paramilitarna składająca się z ochotników. Niemcy postanowili z bronią w ręku przeciwstawić się utracie wschodnich rubieży dawnej II Rzeszy. Grenzschutz określano też mianem „Straży Granicznej Wschód”. Dla przeciwwagi Polacy tworzyli wspomniane straże obywatelskie.
Straż Obywatelska kierowana przez Jana z Buku Pomorskiego szybko otrzymała za zadanie pilnowanie mostu kolejowego nad Osą, który był ważnym obiektem wojskowym łączącym wielki węzeł kolejowy w Jabłonowie z Kisielicami, Sztumem i Malborkiem. Straż wkrótce rozpoczęła systematyczną wartę na moście, zaczęto też pilnować młyny w Nowym Młynie i Świeciu nad Osą. Uważano, że dostęp do zapasów żywności może wkrótce być bardzo ważny.
Listopad 1918 roku nie przyniósł upragnionej niepodległości, a wręcz przeciwnie na Pomorzu pogłębił stan napięcia. Wszyscy pamiętali, że 8 stycznia 1918 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, Wilson, wygłosił swe słynne przemówienie w Kongresie Stanów Zjednoczonych zawierając w czternastu punktach warunki zakończenia wojny. W punkcie trzynastym znalazło się ważne dla sprawy polskiej stwierdzenie: „Należy utworzyć niezależne państwo polskie, które będzie zajmować terytoria zamieszkane przez niezaprzeczalnie polską ludność i któremu należy zapewnić bezpieczny i swobodny dostęp do morza…”. Sprawę przynależności Pomorza określił, podpisany 28 czerwca 1919 roku, traktat wersalski. Jak wiemy uchodzi on za główny akt kończący I wojnę światową. Nadzór nad przygotowaniami do przekazania Pomorza Polsce sprawowała przybyła 20 grudnia 1919 roku specjalna komisja Ententy składająca się z dziesięciu oficerów armii koalicyjnych i jednego oficera. Wynikiem pertraktacji w Berlinie była zawarta 25 listopada 1919 roku umowa polsko-niemiecka o wycofaniu wojsk z odstąpionych obszarów i oddaniu zarządu cywilnego podpisana przez pełnomocników rządów polskiego (Zygmunta Seydę) i niemieckiego (Edgara von Haimhausena). W dniach 8 –10 stycznia 1920 roku przedstawiciele Polski i Niemiec podpisali w Paryżu kilka dokumentów uzupełniających umowę z 25 listopada 1919 roku, a 10 stycznia doszło w Sali Zegarowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Paryżu do wymiany dokumentów ratyfikacyjnych między aliantami a Niemcami. Wojsko Polskie wkroczyło na teren Pomorza po upływie siedmiu dni od daty podpisania dokumentu ratyfikacyjnego przez Niemcy. Przejęcie ziem przyznanych Polsce nastąpiło w dwóch fazach, w terminach uprzednio uzgodnionych ze stroną niemiecką.
Powiat brodnicki wrócił w granice Polski 19 stycznia 1920 r. Wyzwolenia dokonały oddziały Wojska Polskiego należące do, dowodzonego przez gen. broni Józefa Hallera, Frontu Pomorskiego.
A co w tym czasie działo się w domu Kiedrowskich w malutkiej wsi Buk Pomorski? Wszyscy wiedzieli, w zasadzie było już postanowione, że po wyzwoleniu Jan Kiedrowski zostanie pierwszym sołtysem Buku Pomorskiego w niepodległej Polsce. Uczucia, jakie pojawiły się w rodzinie Kiedrowskich były trudne do opisania. Wszyscy z napięciem i ukrywaną radością czekali, a sam stan oczekiwania był trudny do zniesienia. Jan Kiedrowski z tajemniczą miną krzątał się w stodole, w której pod sianem z pieczołowitością przechowywał drąg. Dzieci przez lata nie bardzo wiedziały, co w nim było niezwykłego. Wkrótce okazało się, że jest to drąg-masz flagowy, który dziadek Michał, powstaniec styczniowy, ukrył w stodole, a następne pokolenia pilnowały go z nadzieją, że wolna Polska kiedyś się odrodzi. Ksiądz Kiedrowski zachował też inne, bardzo ważne, wspomnienie: „Mama obok siebie położyła biały obrus i czerwone prześcieradło. -Będziemy szyć – powiedziała. – Będziemy polską flagę szyć. Teraz nam się rozjaśniło w głowach. Drąg stał się masztem, a z białego obrusa i z czerwonego prześcieradła polska flaga będzie (…) nagle z łoskotem otwarły się drzwi. Z dworca przybiegła Stasia Gorczewska. Na stacji był telefon. Z Jabłonowa do Buku jedzie wojsko polskie (…) Tata w sam raz przyczepił flagę do linki (…) Zaledwie jeszcze Mama na tacę położyła bochen chleba i soli posypała, gdy zza zakrętu za stodołą pokazały się pierwsze szeregi. Oddział kawalerii Armii gen. Hallera. Pierwsze wojsko polskie. Witała je tęcza biało-czerwona – flaga kołysana wiatrem. Witały ich oczy zwilżone łzami i bochen chleba z polskiego zboża, i sól na tacy w rękach Mamy, i drąg, co spod siana i spod koniczyny wyjęty – masztem się stał, a żywicą i woskiem wiosną pachniał i świadczył, że wszystko, co pod flagą biało-czerwoną na jego szczycie – to Polska”.
Ten wzruszający moment pozostał w sercach członków rodziny Kiedrowskich do dnia dzisiejszego. Kolejne pokolenia ze łzami w oczach opowiadają historię szycia flagi przez drugą żonę Jana – Antoninę i wszystkie obecne w domu dzieci, jak i moment pojawienia się oddziałów gen. Józefa Hallera.
W kolejnych latach nastał czas wytężonej pracy, by szybko odbudować niepodległą Polskę. Mieszkańcom Buku Pomorskiego, podobnie jak i całego Pomorza, czas upływał na ciężkiej codziennej pracy. Wszyscy ród Kiedrowskich darzyli ogromnym szacunkiem. Nikt nie spodziewał się, że jeden z nich, Witold Kiedrowski wejdzie na drogę kapłaństwa. W 1922 roku Witold Kiedrowski rozpoczął naukę w gimnazjum brodnickim, a w 1930 roku studia kapłańskie w Pelplinie. 15 czerwca 1935 roku odprawił pierwszą mszę św. w kościele parafialnym w Linowie. Jako wikariusz pracował w parafiach w Toruniu i Wąbrzeźnie. Niestety spokojne życie młodego księdza, jak i wszystkich mieszkańców Pomorza przerwał wybuch II wojny światowej.
Wojna dla rodziny Kiedrowskich oznaczała wielką niewiadomą, a okupant hitlerowski szybko zaczął poszukiwać księdza Witolda i jego brata Alfonsa, którzy wraz z wybuchem II wojny światowej został zmobilizowany do wojska polskiego. W szeregach Wojska Polskiego przeszedł szlak bojowy przez Mgowo, Włocławek, bitwę nad Bzurą i bitwę pod Kutnem, gdzie 18 września 1939 roku został wzięty do niewoli. Następnie był kapelanem opiekującym się żołnierzami w szpitalach w Gostyninie i Kutnie. W tym czasie nawiązał kontakty konspiracyjne, które umożliwiały organizację przerzutu uciekinierów na Zachód. W grudniu 1939 roku został aresztowany przez gestapo, lecz dzięki pomocy przyjaciół udało mu się w styczniu następnego roku uciec, po to by od razu przystąpić do pracy w AK. Znany był pod kilkoma pseudonimami: Jan Jasiński, Witold Kołodko, Witek, Kalew. Z rodziną, dla swojego i ich bezpieczeństwa nie utrzymywał stałych kontaktów. Działalność konspiracyjna spowodowała w styczniu 1942 roku aresztowanie przez gestapo. Na szczęście Niemcy nie wiedzieli, że jest księdzem, poszukiwanym Witoldem Kiedrowskim, ponieważ w ewidencji więziennej figurował jako Witold Kołodko. Gestapo w więzieniu w Alei Szucha z całym okrucieństwem przesłuchuje Witolda Kołodko, a następnie, jeden z przekupionych esesmanów kieruje go do obozu w Majdanku. Tam przyuczony do funkcji aptekarza ksiądz Witold pomagał chorym więźniom. Później był Oświęcim – Brzezinka, Buchenwald i Ohdrdruf. W Ohdrdruf do księdza uśmiechnęło się szczęście. Niemcy poszukiwali aptekarza, który uporządkuje lekarstwa i stworzy obozową aptekę. Witold Kołodko jako “aptekarz specjalista z Majdanka i Brzezinki” natychmiast zgłosił się do pracy. Znając doskonale język niemiecki szybko zorientował się, że Niemcy sami nie wiedzą co mają. W trzy dni i trzy noce stworzył podwójną kartotekę leków, a potem cały system tajnego ich rozprowadzania wśród więźniów. Tak przetrwał do końca wojny. W nocy 12 kwietnia 1945 ksiądz Witold Kołodko uciekł z transportu ewakuacyjnego do Dachau, by po kilku dniach marszu przedostać się na stronę amerykańską. Przebywał w obozie jeńców wojennych sprawując funkcję kapelana. 14 lipca 1947 roku przyjechał do Paryża, by rozpocząć studia z myślą o powrocie do Polski, dlatego też odmówił wyjazdu do Rzymu. Szybko jednak okazało się, że komunistyczne władze Polski uznały go za „wroga ludu”, więc powrót do domu stał się niemożliwy.
Rodzina Kiedrowskich od początku „budowy Polski Ludowej” wiedziała, że dla nich nie będzie to czas dobry. Potomkowie Jana Kiedrowskiego wychowani w duchu patriotyzmu i poszanowania niepodległości Polski widzieli i wiedzieli więcej niż przeciętny mieszkaniec Buku Pomorskiego. Co prawda odszedł okupant niemiecki, ale w jego miejsce przyszedł okupant radziecki. Oczywiście, rodzinie, w której „zrodził się” ksiądz i siostra zakonna w czasach komunistycznej Polski było niezwykle trudno. Jednak z zagranicy dochodziły radosne wieści.
Na emigracji ksiądz Kiedrowski zaangażował się w pracę dla francuskiej Polonii. Zorganizował, kierował i wykładał w Małym Polskim Seminarium Duchownym w Paryżu. Organizował pomoc w osiedlaniu się polskich rodzin, był duszpasterzem i kapelanem Sióstr Nazaretanek, głosił rekolekcje, w których poruszał tematy zakazane w PRL. Były one transmitowane przez Sekcję Polską Radia Francuskiego. W pamięć słuchaczy najbardziej zapadły pogadanki radiowe “Radia Wolna Europa” nadawane przez 36 lat, które docierały do Europy Wschodniej – krajów za „żelazną kurtyną”. Po 1980 roku organizował transporty z pomocą dla Polski. I tu rodzina mieszkająca w Buku Pomorskim mogła służyć ofiarną pomocą. Transport z darami zwykle z Gdańska jechał aż do Krakowa. Oczywiście nocleg i wszelka pomoc dla jadących z transportem była zapewniona w Buku Pomorskim.
Członkowie rodu zresztą nie patrzyli tylko na samą działalność księdza. Mieszkający w Buku Jan Kiedrowski zaangażował się w działalność „Solidarności” Rolników Indywidualnych.
W końcu po przemianach roku 1989 Kiedrowscy doczekali się wolnej Polski. Ksiądz Witold Kiedrowski w kwietniu 1991 roku mógł w końcu przyjechać do Polski, w rodzinne strony. Od tego czasu ksiądz Kiedrowski systematycznie odwiedzał rodzinę zatrzymując się w Buku Pomorskim aż do swojej śmierci 20 stycznia 2012 roku w Paryżu. Zgodnie z życzeniem rodzina dopilnowała, by został pochowany w swojej rodzinnej parafii w Linowie.

Państwo Jan i Wiesława Kiedrowscy, ich dzieci i wnuki z wielkim pietyzmem podchodzą do wszystkich rodzinnych pamiątek. Wszyscy członkowie znają historię swojego rodu. Przy czym duma z osiągnięć przodków powoduje, że Kiedrowscy są ludźmi nader skromnymi i nie szukającymi rozgłosu. Słowo patriotyzm i poświęcenie dla Polski jest dla nich zobowiązaniem do ciężkiej codziennej pracy. W ostatnim czasie państwo Kiedrowscy poparli inicjatywę Centrum Kultury i Sportu w Jabłonowie Pomorskim polegającą na sportowych zmaganiach pt. „Droga wilka” Memoriał Ks. Witolda Kiedrowskiego, który odbył się już po raz drugi i zapewne będzie kontynuowany.
Rok 1950 stał się dla rodziny Kiedrowskich jeszcze jednym etapem walki o przetrwanie i tak już okrojonego gospodarstwa oraz co ważniejsze idei, której byli wierni od pokoleń Bóg Honor Ojczyzna. Odmowa wstąpienia do kołchozu spowodowała skazanie Alfonsa Kiedrowskiego na 5 lat więzienia pod fałszywym wyrokiem kułaka i wroga ludu. Ubecy, będący na usługach ówczesnej władzy komunistycznej, wtargnęli do domu. Z gromadzonej latami biblioteki wyrzucili na podwórko wszystkie książki i rodzinne pamiątki, a następnie rozpalili ognisko. Tak pieczołowicie gromadzone dziedzictwo narodowe bezpowrotnie uległo zniszczeniu. Dobrze, że ludzkiej pamięci nie można zniszczyć.
Kolejne pokolenia rodu Kiedrowskich pamiętają.

 

Share this...
Share on Facebook
Facebook